jest nowy dojazd do FH (także odpowiednio oznaczony)
Dojazd do centrum handlowego Fashion-House możliwy będzie tylko od ul. Geodetów. Wykonawca nie uwzględnił w projekcie uwagi złożonej przez gminę Piaseczno aby uruchomić prawoskręt z ul. Puławskiej obok przychodni MEDVIT ułatwiający dojazd do Centrum Fashion House od strony Piaseczna.
Ostatnio byłam w przychodni na Czajewicza gabinety są tak wąskie że wózek nie mieści się do środka. TO SKANDAL
| wiem że mury chca z maxa a dach z blachodachówki czy to dobre
| materiały???
| mam pytanie znajomy dostał działke w spadku po rodzicach własnie tam i mam
| pytanie czy znacie jakieś dobre składy budowlane w tej okolicy które
mogadac| najwiekszy rabat
Teraz kilka konkretów wg moich doświadczeń (szukałem najtańszych ale nie
beznadziejnej jakości):
Stal: Ilona Niedziółka, tel. 502 300 230 (proś o wycenę całości stali)
Beton: Bosta Beton mieszalnia Piaseczno 716 84 01 lub kom. 609 470 341
Bloczki, styropian, lepik cement na fundamenty - skład budowlany przy
Puławskiej - Marcin Michalec, 501 10 57 77
Drewno budowlane (np. deski za 290 zł m3) (Wiązowna koło Otwocka): tel. 7899888
dalej radź sobie sam :)
A ja mam do Ciebie pytanie: Czy w Złotokłosie jest jakaś szkoła / przychodnia?
Wiem że jeździ tam autobus miejski a to już duży plus, sam zastanawiam się czy
tam nie kupić działki.
pozdrawiam,
Michał Budowniczy
proszę o dorade bo oni za dwa tygodnie chcą zacząć juz
| kopac fundamenty i potrzebuja materiału.okolica piaseczna Złotokłos .
| pozdrawiam
| ps.wiem że mury chca z maxa a dach z blachodachówki czy to dobre
| materiały???
Może nie dostajesz odpowiedzi bo pytanie nie jest precyzyjne? Np nie
że chodzi o Złotokłos koło Wwy. Założę się że jestem jednym z 2 osób na
grupie
która wie gdzie leży Złotokłos. Drugą osobą jesteś Ty :)| wiem że mury chca z maxa a dach z blachodachówki czy to dobre
| materiały???Spójrzmy na to tak:
Mury z maxa i blachodachówka to jedne z najtańszych rozwiązań. Czy
najtańszy
samochód to dobry samochód? Odpowiedź - zależy do czego, np dla gosposi do
wożenia zakupów z supermarketu idealny.| mam pytanie znajomy dostał działke w spadku po rodzicach własnie tam i
mam
| pytanie czy znacie jakieś dobre składy budowlane w tej okolicy które
| mogadac| najwiekszy rabatDo Złotokłosu dowiozą Ci za darmo wszystkie składy z okolic Puławskiej i
Piaseczna. Rozumiem że chodzi Ci o najniższe ceny na całości materiału z
którego można budować a nie o największy rabat.Teraz kilka konkretów wg moich doświadczeń (szukałem najtańszych ale nie
beznadziejnej jakości):Stal: Ilona Niedziółka, tel. 502 300 230 (proś o wycenę całości stali)
Beton: Bosta Beton mieszalnia Piaseczno 716 84 01 lub kom. 609 470 341
Bloczki, styropian, lepik cement na fundamenty - skład budowlany przy
Puławskiej - Marcin Michalec, 501 10 57 77Drewno budowlane (np. deski za 290 zł m3) (Wiązowna koło Otwocka): tel.
7899888dalej radź sobie sam :)
A ja mam do Ciebie pytanie: Czy w Złotokłosie jest jakaś szkoła /
przychodnia?
Wiem że jeździ tam autobus miejski a to już duży plus, sam zastanawiam się
czy
tam nie kupić działki.pozdrawiam,
Michał Budowniczy
proszę o dorade bo oni za dwa tygodnie chcą zacząć juz
| kopac fundamenty i potrzebuja materiału.okolica piaseczna Złotokłos .
| pozdrawiam
| ps.wiem że mury chca z maxa a dach z blachodachówki czy to dobre
| materiały???--
Wysłano z serwisu OnetNiusy: http://niusy.onet.pl
Czyli to kit.To ta przychodnia koło stacji Piaseczno Miasto ?




Pooki: dzieki za odpowiedz, ale jeszcze jedno pytanie, jakoze baaaaardzo interesuje sie telewizja i chcialbym tam pracowac w przyszlosci, to takie ciekawe!!! otoz, gdzie tak naprawde znajduje sie ta przychodnia - tzn. czy sa to jakies hale zdjeciowe przy Woronicza czy to jest krecone w prawdziwej przychodni, czy moze jeszcze gdzie indziej?
przegapilem dzis powtorke, a mialem nagrac!!!![]()

Bez Oliwiera Szyttenholma koszykarze Kujawsko -Pomorskiej Szkoły Wyższej Astoria Bydgoszcz rozpoczną przygotowania do nowego sezonu. Prawdopodobnie z grupy A II ligi ubędzie im najgroźniejszy rywal.
Oficjalny początek przygotowań to poniedziałek. - Rozpoczniemy badaniami w przychodni na Rejtana. Musimy od tego zacząć, by mieć pewność, że wszyscy zawodnicy są zdrowi - mówi Jacek Borkowski, prezes klubu.
Po południu zespół spotka się już w hali na "Królówce” i od tego czasu aż do ligi, która rozpoczyna się w sobotę, 3 października, będzie trenował w niej i grał w turniejach. - Nie jedziemy na obóz, bo budżet skromny, a na własnych obiektach - we współpracy z Zawiszą - mamy wszystko, czego potrzebujemy. Będziemy mogli korzystać ze stadionu na Gdańskiej i odnowy biologicznej - dodaje.
Niestety, w zespole nie zobaczymy Oliwiera Szyttenholma, który zasili Harmattana.
- "Oliś” przed moim wyjazdem na urlop potwierdził, że zgadza się na warunki, które mu zaproponowałem. Potem jednak zmienił plany, o czym poinformował mnie SMS-em. Nie będziemy nikogo szukać na siłę. Gliszczyński z Robakiem poprowadzą grę, Szopiński z Gierszewskim i Baliński zagrają na dwójce. Wiem, że to ryzykowne, lecz ciężar gry ma się przenieść pod kosz, a jak to nie wypali, będzie czas na wzmocnienie do końca stycznia - wyjaśnia prezes.
"Asta” ma już zaplanowane gry kontrolne. Pod koniec sierpnia podejmie Harmattana, 12 i 13 września zagra w Olsztynie z miejscowym AZS, Norgipsem Piaseczno i UKS Łęczyce. Z kolei na 18-20 września klub zamierza zorganizować turniej na 10-lecie KPSW. I to w silnej obsadzie, bo udział potwierdziły pierwszoligowe ŁKS Łódź i Spójnia Stargard, a Borkowski czeka tylko na ostateczną odpowiedź Zastalu Zielona Góra.
- Zostają zatem dwa terminy - 5 i 27 września. Załatwiamy jeszcze jakiś turniej oraz rywali na sparingi, żeby zespół nie miał przesytu koszykówki - wyjaśnia.
"Rosa” chce uciec
W piątek wyjaśni się kwestia podziału zespołów II ligi na 3 grupy. Wiele wskazuje na to, że KPSW Astorii odpadnie jednak groźny rywal - Rosasport. Radomianie robią wszystko, by znów znaleźć się w grupie C. Na radomsport.pl napisano, że z przecieków z PZKosz. wynika, iż taka decyzja jest przesądzona. - To możliwe, bo do naszej grupy trafią Ósemka Skierniewice i Korsarz Gdańsk, a PZKosz. chce, aby liczba drużyn z grupach była w miarę równa. Zobaczymy. Ważne natomiast, że wprowadzono turniej barażowy dla przegranych finalistów. To duża szansa awansu, zwłaszcza dla zespołu z naszej grupy, chyba najsilniejszej - dodaje Jacek Borkowski.
W ekipie trenera Macieja Borkowskiego są - rozgrywający: Artur Gliszczyński (28, 178), Adam Szopiński (20, 190), Piotr Robak (18, 192); rzucający obrońcy: Przemysław Gierszewski (39, 184), Tristan Baliński (21, 182); niscy skrzydłowi: Sebastian Laydych (22, 203), Łukasz Kopkowski (19, 200), Filip Czyżnielewski (18, 195); silni skrzydłowi: Dorian Szyttenholm (26, 193) i Patryk Rąpalski (17, 196); środkowi: Rafał Urbaniak (27, 201), Łukasz Kuczyński (24, 196). Pożegnali się: Kamecki (Kraków), Lewandowski (AZS Radom), T. Szopiński, Poliwka, Kubacki (?), Małkowski (koniec kariery) oraz O. Szyttenholm (Harmattan).
Jak zapowiadałem, wybrałem się do Czeremchy. Na moje ogłoszenie na
grupie pozytywnie zareagowały tylko dwie osoby: KMR i Leon. Dnia 7.
lutego br. zakupiłem bilet do Cisówki, podając jako stacje pośrednie:
Kędzierzyn, Kraków Gł., Piaseczno oraz zmianę rodzaju pociąga w Wawie
Wschodniej. Łącznie 864 km. BTW - polecam kasę w głównym przejściu:
kobieta wstukuje wszystko co się jej powie i nawet nie sprawdza co
wychodzi na bilecie :) Z Wrocławia wyjechałem 83200 o 5.35. W Krakowie
planowo. Idę kupić bilet T/P do Tarnowa (no, szopę też trzeba
odwiedzić :)). Dostaje bilet, wsiadam do kibla i jadę, ale tylko do
Bieżanowa, bo tu jest Prokocim, tzn. szopa Prokocim :) Aha - jak
wyjeżdżałem z Krakowa Gł., to w peronach pojawił się _pociąg_:
SM03+Eaos sztuk jeden!!!!!!!!! Światła pociągowe zapalone itp. Śmiech
na sali :)))))) Ale wracając do szopy: szybki rzut oka na tabor i już
wiem, że za chwile będzie mi brakowało tylko jednego sputnika na
zdjęciach :) Przed halą stał sobie ET21-57 i 98. Były też obie EM10 i
jakieś tam angole, byki i coś tam jeszcze. Jako, że chciałem załatwić
to legalnie, poszedłem do dyspozytora. Dyspozytor odesłał mnie do
"Naczelnika Sekcji" w postaci pana Terczyńskiego. Ciekawostka -
wejście do 'biurowca' szopy jest oznakowane tablicą "Przychodnia
Kolejowa" (czy jakoś tak). No ale naczelnika nie było, więc ludki
które tam siedziały zezwoliły na zdjęcia, jednak pod nadzorem jakiegoś
pracownika szopy. I znowu do dyspozytora, który stwierdził, że nie ma
na razie mistrza, więc nikogo mi nie przydzieli. Kurde, chciałem
zrobić dwa zdjęcia, a ci jakieś szopki odstawiają... :( Powiedziałem
mu to i dodałem, że zaraz spadam. W końcu dostałem zgodę :) Potem
poszedłem jeszcze na myjkę, bo tam stała EU07 po buziaczku z czymś tam
i kilka ET21. Po tym wszystkim wsiadłem do kibelka do Tarnowa, gdzie
przyszedł kanar i chciał sprawdzać bilety. No w sumie jest to normalne
zachowanie :) Wyjmuje bilet i co widzę? Kraków - Katowice T/P. No
ku^&&% mać! Kanar wypisał bilet (bez dopłaty) i tak dojechałem do
Tarnowa. Tu szybka szopka po uprzednim zgłoszeniu się u naczelnika i
zareklamowaniu w tym miejscu serwera kolej.pl jakiemuś człowiekowi
spragnionemu symulatorów :) A co na szopie? Np. ET41-035 z jednym
członem z listwami a drugim z paskami (inteligentne, nie?), B_R_A_K
ET21-424, mnóstwo trupów pozostałych ET21 (innych braków na razie nie
wyczaiłem, ale podaje to co stało: 188, 587, 389, 187, 228, 337, 270,
445, 107, 580, 447. Jak czegoś jeszcze brakuje, to dajcie znać). Po
szopce poszedłem na dworzec [zdawka ze Szczucina z SM31-149; wjazd o
godzinie 14.16] i wróciłem do Krakowa. Chciałem zwrócić bilet do
Katowic, ale niestety był on ważny w godzinach 6.00-12.00, a ja
przyszedłem o 17. No to kupa :( Później poszedłem do Rynku (w końcu
:)), do McSyfa coś zjeść. O 22. Z hakiem miałem 38208 do Wawy.
Zaczekałem na niego na Płaszowie, w miedzyczasie robiąc nocne zdjecia
ET21-261 z roboczym stojącym obok peronów. W Wawie Zachodniej
wylądowałem o czasie, tj. 2.13. Tu czekał już Leon z którym pojechałem
kibelkiem do Siedlec (huuraa! Na plastikach da się nawet spać :)). W
Siedlcach przesiadka na osobowego do Czeremchy z fiatem na czele. W
Czeremsze kolejna przesiadka (ha! Jedziemy dalej!) na pociąg od
Hajnówki. Tam poznajemy się z KMRem machającym kamizelką :) i
wyruszamy pudłem o nazwie SN81-004 do Cisówki. Gdzieś tam pod rodze
(na jakiejś stacji) stoi sobie 5 gaagrów z Czeremchy i chyba 3 tamary.
Z gagarów był na pewno 1077. W Cisówce mechanik z kierpociem pocinają
sobie w karty w kabienie, dzięki czemu wyjeżdżamy z tamtad kilka minut
po planie :) W Hajnówce dwie godziny przerwy sporzytkowane na obejście
stacji i zjedzenieu hamburgerów za... 1,50 + ważywa za 0,50 gr. :)
Później osobowym do Czeremchy, gdzie pada już dosyć mocno :( Po drodze
na szope odkrywamy człon czegoś tam z SKM (Leon, powiedz co to było).
Na szopie łuuugie czekanie na naczelnika (super gość, bez problemu
zezwala) i cykamy: ST44-1082, 798, 547 (to wszystko jest prawie na
pewno sprawne i nawet urzywane), 1038, 007, 160 (NG w 1989 roku :)),
151. Za chwile z Białegostoku przyjeżdża ST44-793 z towarem, którego
stoi SU42-121 z datą rewizji 13.06.2001 (hm, a może 2000?) i z
kompletnymi sprzęgami do grzania. Lakier jak nowy, nic nie pobrudzony
itp. Była też druga - SU42-255, ale już z rewizją w 1998. Chodzi mi o
to, kiedy zlikwidowano stare SU42? Na szopie był też EW90-28s z
oryginalnymi oznaczeniami i malowaniem! Były też inne, mniej ważne
serie :) Z Czeremchy ulatniamy się osobowym do Białegostoku. KMR
jednak woli łapac stopa i jechac w ten sposób do Hajnówki :Aha -
linia do Białegostoku jest FATALNA! Cały czas (78 km!) jedzie się z
oszałamiającą prędkością 20 km/h... Takie coś potrafi zmeczyć totalnie
człowieka... :( W Białymstoku szybka kawa w McSyfie (co okazało się
później bardzo dobym posunięciem, ale o tym później :) i przesiadka na
pospieszny do Wawy. Na Wschodniej wysiadamy. Leon jedzie do domu czymś
tam (w końcu, po kilkudniowej nieobecności :)), a ja pakuje się do
16007, czyli "Drezna" z mega-super wypasnymi wagonikami z zamykanymi
pneumatycznie drzwiami, zamszem na siedzeniach i w ogóle super
wyglądem :)) Do Centrala jade sam w przedziale (nie to, że śmierdze,
czy coś, tylko jest mało ludzi ;)). Tam wsiada do mojego przedziału
jakiś koleś i jakaś dziewczyna. Ja z początku myślałem, że oni sa
razem, ale jak ona zaczęła coś tam do mnie nawijać to zmieniłem
zdannie :) I u przydała się kawa - nie mogłem zasnąć aż do Wrocławia,
dzięki czemu wiem, że ona studiuje w Wawie jakąś psychologię, czy coś,
mieszka we Wrocławiu, na Gaju konkretnie, nosi szkła kontaktowe (! :))
i... no i jeszcze naprawdę wieeelu żeczy ;P Najlepsze jest to, że
przedstawiliśmy się sobie dopiero wysiadająć z Wagonu we Wrocławiu Gł.
:)))) Ja ze swej strony pokazałem jej jak się obsługuje cegłę i
służbowy RJ - tak dla kontrastu :)
No, a teraz siedze jak głupi przy kompie i klepie te wypociny o
godzinie 5.06. Nawet nie chce mi się spać :)
PS.
Bym zapomnial: Kto nie był, niech żałuje!
:)))
(przepraszam za połamany link)
Hektary w Białołęce dla poznańskich zakonnic
Na ogromnych polach przy ul. Wyszkowskiej w Białołęce miały powstać szkoły,
przedszkola i boiska. Jednak komisja ds. zwrotów mienia Kościoła oddała
teren zakonnicom poznańskim, ośmiokrotnie zaniżając jego wartość
Dziś Białołęka to jedna z najszybciej rozwijających się dzielnic Warszawy.
Ma prawie 100 tys. mieszkańców. Każdego roku powstają tu nowe osiedla,
wprowadza się tu kilka tysięcy ludzi. Dzielnica od kilku lat zmaga się więc
z brakiem przedszkoli, szkół, przychodni, boisk.
Władze dzielnicy miały nadzieję, że tego typu inwestycje powstaną na
47-hektarowym działce przy Wyszkowskiej, na peryferiach Białołęki. Grunt
przy ul. Wyszkowskiej dotąd należał do skarbu państwa. Zarządzała nim
Agencja Nieruchomości Rolnych w Warszawie, która wydzierżawiła na kilka lat
działkę rolnikowi (uprawia tam zboże). Plany legły w gruzach, bo ziemię
komisja ds. zwrotu mienia Kościoła katolickiego i innych związków
wyznaniowych przy MSWiA przyznała Zgromadzeniu Sióstr św. Elżbiety -
Prowincji Poznańskiej w Poznaniu. Ma to być rekompensata za stracone po
wojnie ziemie zakonu w stolicy Wielkopolski. Według wyceny zleconej przez
komisję grunt jest wart 30 mln zł - zaledwie 65 zł za m kw. Średnio grunt w
tej części Białołęki kosztuje 400-600 zł za metr kwadratowy.
Nie jesteśmy na wsi
Według ekspertów ANR grunt wart jest nie 30 mln zł, lecz... 240 mln zł. -
Ten teren jest niezwykle cenny. Będziemy walczyć o jego odzyskanie -
zapewnia Jacek Malicki, wiceszef Agencji Nieruchomości Rolnych.
Komisja przy MSWiA przekazała działkę elżbietankom bez konsultacji z
Agencją. Po fakcie dowiedziały się też władze Białołęki.
Niska wycena to skutek przyjętego przez ekspertów komisji ds. zwrotu
założenia - oszacowali jego wartość tak, jak byłby rolny, a nie
inwestycyjny.
- Nie jesteśmy przecież na wsi, tylko w stolicy. Mamy tragiczną sytuację z
działkami. Brakuje nam szkół, hal sportowych. Jak mam tu skutecznie
gospodarzyć, skoro odbiera się nam niezbędny dla nas teren - alarmuje Jacek
Kaznowski (PO), burmistrz Białołęki.
Burmistrz i radni dzielnicy zaalarmowali już prokuraturę. - Musieliśmy
zareagować - twierdzi Paweł Tyburc (PO), szef rady Białołęki. "Powyższy
sposób postępowania uzasadnia domniemanie skutecznej próby wyłudzenia
nieruchomości znacznej wartości i stanowi oczywistą przesłankę do wszczęcia
działań zapewniających ochronę prawną interesów Skarbu Państwa" - czytamy w
piśmie do prokuratury. Z pewnych, ale nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy
się, że zakon może szykować się do sprzedaży działki.
I znów zapłacą warszawiacy
To kolejna kontrowersyjna decyzja komisji ds. zwrotów. Rok temu opisaliśmy,
jak ponad 10 hektarów dawnej zajezdni trolejbusowej w Piasecznie trafiło w
ręce bonifratrów i dominikanek. Oba zakony dostały w ramach rekompensaty
działkę wycenioną wówczas na 40 mln zł. Pół roku później wystawiły grunt na
sprzedaż za 115 mln zł. Kupiła go tajemnicza spółka Provo Investment
założona przez jedną z dużych firm deweloperskich.
Komisję ds. zwrotu powołały w 1991 r. rząd i Episkopat. Zajmuje się ona
orzekaniem i rozwiązywaniem sporów wokół nieruchomości zabranych Kościołowi
z naruszeniem prawa. Prawo mówi jasno - od decyzji komisji nie ma
odwołania.
Szef komisji ds. zwrotów Zbigniew Filipkowski nie chciał z nami rozmawiać.
Dzisiaj po raz kolejny komisja będzie debatować na temat działki przy ul.
Wyszkowskiej. Jej członkowie mają pochylić się nad nową wyceną gruntu.
Jeśli dzisiejsza rozprawa komisji zakończy się dla ANR fiaskiem, władze
Warszawy będą starać się odkupić grunt od zakonu, ale za nie więcej niż 30
mln zł.
- To fatalne rozwiązanie. Chciałem przeznaczyć ten teren na cele edukacyjne
i sportowe. Wtedy miasto mogłoby go dostać od państwa za darmo. I znów za
wszystko będą musieli zapłacić warszawiacy - żali się burmistrz Kaznowski.
----------
Od siebie dodam, że o sprawie tej i innych podobnego pokroju wielokrotnie
alarmowało "NIE" oraz "Fakty i mity" - gazety o, podobno, zerowej
wiarygodności. Teraz te sprawy stały się faktem i nic już nie można zrobić.
Na pocieszenie powiem, że Warszawa nie ucierpiała jako jedyna - Kraków
również "wyzbył się" za pośrednictwem w/w komisji atrakcyjnych działek
m.in. na Kazimierzu.
Co do działki na Białołęce to siostrzyczki szykowały ją do sprzedaży za
grube pieniądze już wcześniej. W dniu kiedy komisja oficjalnie miała im
przekazać ów teren zakonnice były bliskie podpisania aktu notarialnego dot.
umowy przedwstępnej.
W komisji pozostało nadal ponad 250 wniosków do rozpatrzenia.
I dziwnym trafem dekrety Bieruta i PRL nigdy nic nie zabrały Żydom czy
innym grupom wyznaniowym - bo im sie nie zwraca (a jak oddajemy wszystkim,
to powinniśmy bez wyjątku). Beneficjentem działań ministerialnej komisji
jest praktycznie w 100% kościół rzymskokatolicki.
No cóż, dam się wciągnąć w tą licytację.To stary tekst, ale tu go nie było:
Kilk, klak. [...]
Teraz sobie przypominam....Dawno, dawno temu przytrafiła mi się podobna
historia. Byłem młody i nie miałem pomysłu na życie, więc zatrudniłem się w
charakterze kierowcy w Stołecznej Kolumnie Transportu Sanitarnego.
Był taki zwyczaj, że za różne przewinienia dostawało się do jazdy dwa
maluchy, które służyły lekarzom do wizyt domowych...
Zdarzyło się więc raz, że popiliśmy z moim przyjacielem, Zbyszkiem mocno i
prosto z lokalu pojechaliśmy do pracy. Niestety, taksiarz który nas wiózł
nie darzył nas i naszej firmy zbytnią estymą (nic dziwnego, byliśmy wszak
ich największą konkurencją na postojach), nie dał się przekupić i wlókł
niemiłosiernie, w efekcie dotarliśmy na miejsce nieco po czasie. Werdykt
kierownika po tym jak nas zobaczył i poczuł, mógł być tylko jeden.
Dostaliśmy przydział na te toczydełka (większość chłopaków nazywała je
"skrzynkami
na narzędzia") i obsługę przychodni na peryferiach. Nie oponowaliśmy, bo
zachował się i tak przyzwoicie. Mógł nas nie dopuścić do pracy, albo wysłać
na warsztat. Wiedzieliśmy, że zrobił to dla naszego dobra. Na oddalonej od
miasta placówce odsapniemy, prześpimy się i pozbędziemy z organizmu kilku
zbędnych już promili przed kolejnym, wieczornym balem.
Z naszych kart drogowych wynikało że będziemy dyżurować w przychodni w
Pyrach. Ruszyliśmy niespiesznie, wczuwając się w zdezelowane maszyny.
Minęliśmy Ursynów i wyjechaliśmy na nowo oddany odcinek wylotówki wiodącej
do Piaseczna. Pusta, trzypasmowa droga z brakiem sygnalizacji świetlnej
wydawała się wtedy nieomal autostradą. Tym bardziej, że benzyna była na
kartki, a jedyne większe pojazdy - trolejbusy - jeździły rzadko i ze
względów konstrukcyjnych trzymały się zawsze prawego pasa. Błysnąłem
światłami na Zbyszka i zjechaliśmy na pobocze. Podszedłem do jego wozu,
oparłem delikatnie o przerdzewiały dach i zapytałem
- Panie Kolego, czy pan przypadkiem nie nabawił się dzisiejszej nocy tej
dziwnej i uciążliwej choroby objawiającej się pomrocznością, drżeniem rąk i
dziwną - o ile mnie pamięć nie myli, niczym nie sprowokowaną - suchością w
ustach? Proponuję znaleźć jakąś hm...aptekę i zażyć LEKARSTWO, albo i dwa.
- To ty też masz te mroczki przed oczami? No dobrze, zgoda. Ale może
najpierw pojedziemy do przychodni, niech nam konowały wypiszą receptę?
- Obudź się! Kto ci baranie wypisze receptę na piwo?
- Doktor Ali, ten algierczyk. On wypisuje na wszystko o co go poprosisz...
- Może i wypisze, ale gdzie taki papier zrealizujesz? W aptece nie ma
piwa, a w monopolu nie honorują recept. Podjedziemy pod najbliższy sklep i
postawisz po piwku.
- Ja?! Wiesz ile wczoraj wydałem? Do końca miesiąca będę ssał łapę i
chodził po prośbie... Ty postaw!
- Zostało mi tylko trochę drobnych na bilet do domu i suchą
bułkę na obiad.
- W takim razie zróbmy tak: kto przyjedzie na placówkę jako
drugi, stawia piwo!
Zgodziłem się. Jego auto wyglądało, przynajmniej zewnętrznie, na starsze i
bardziej zdezelowane. Wskoczyliśmy do maszyn i uruchomiliśmy silniki.
Zbyszek musiał w tym celu uchylić klapę silnika i patykiem docisnąć
dzwignię rozrusznika. Po chwili okolicę przeszył ryk dwóch potężnych
silników o łącznej pojemności 1200cm2. Na sygnał klaksonu obaj puściliśmy
sprzęgła i wgniotło nas w fotele. Zbyszkowi udało się nawet zapiszczeć
oponami. Jak burza wpadliśmy na dwa równoległe pasy ruchu i nie puszczając
gazu, jedynie wciskając sprzęgło, zmienialiśmy z rzadka biegi, wyjąc
silnikami obciążonymi maksymalnie wysokimi obrotami. KLLLLIK, KLAAAAK
jęczały przeciągle wciskane z przeokrutnym zgrzytem biegi. Teoretycznie, po
około trzydziestu sekundach powinniśmy swoimi bolidami przekroczyć magiczną
barierę prędkości stu kilometrów na godzinę, w praktyce okazało się to
niesprawdzalne, bo strzałkowe prędkościomierze, od ciągłego podkręcania,
dostawały takiej drżawki, że pokazywały naprzemiennie 0 i szczytową wartość
na liczniku, czyli 140. Nigdy nie słyszałem żeby jakiś samochód tej klasy
rozwinął taką zawrotną prędkość, nawet z góry i z wiatrem w bagażnik
(przepraszam - w tylna klapę silnika). Poza tym konstruktorzy sami przyznali
w instrukcji obsługi, że liczniki tych aut mają bezwładność w granicach 20
km i to rosnącą w miarę nabierania pędu. To by tłumaczyło opowieści
niektórych motoryzacyjnych maniaków o rekordach prędkości, jakie pobili
samochodami tej marki.
Gnaliśmy prędzej od wiatru, ale żaden z nas nie mógł uzyskać znaczącej
przewagi. Za nami ciągnęły się dwie smugi białego dymu, jak ślady
kondensacji za wysoko lecącymi samolotami. Raz Zbyszek wysuwał się nieco do
przodu, raz ja. W końcu wpadłem na pomysł jak wyjść na prowadzenie. Mój
rywal prowadził auto zgięty w pałąk, leżąc na kierownicy jak rowerzysta. Nie
miało to większego znaczenia, bo na mecie nie było przecież fotokomórki.
Szybko przeanalizowałem budowę tego cudu techniki, które dane nam było
prowadzić i doszedłem do wniosku, że robi błąd. Maluch miał napęd na tylną
oś i dociążenie jej mogło mnie wyprowadzić na prowadzenie. Odsunąłem więc
maksymalnie fotel (klink-klank) i rozparłem się w nim wygodnie. Niestety
Zbyszek szybko zorientował się co jest powodem mojego przyśpieszenia i
zastosował metodę bardzo radykalną - po prostu otwierając drzwi pasażera
pozbył się prawego fotela. Jego auto stało się lżejsze i teraz o on
odzyskiwał cenne milimetry. Zrobił bym to samo, ale coś się zacięło na
prowadnicach. Zakląłem szpetnie i próbowałem zastosować inny trick: aby
dociążyć auto zacząłem podskakiwać na fotelu, ale to tylko pogorszyło moje
położenie i znów straciłem ułamki sekund, bo okazało się, że miałem zepsute
amortyzatory i koła albo tarły o zakola, albo traciły kontakt z szosą. Mój
rywal też miał jeden, ale za to znaczący problem. Nie domykała mu się boczna
szyba. Był to czynnik który na kilkukilometrowej trasie, poprzez zwiększenie
(i tak olbrzymiego) oporu powietrza, mógł przesądzić o jego porażce.
Zauważyłem jak trzymając kierownicę kolanami, podtrzymuje obiema rękami
szybę, a trzymany w ustach śrubokręt wpycha pomiędzy uszczelki. Zakląłem
szpetnie, bo pewne zwycięstwo zaczęło mi się z wolna wymykać.
- Poczekaj, no ty! - krzyknąłem i otworzyłem okno. Od razu zacząłem tracić
centymetry przewagi. Nie było to jednak działanie pozbawione sensu.
Wychyliłem się maksymalnie i wyrwanym rękawem koszuli, na który
bezceremonialnie naplułem, przetarłem przedni pas, maskę i szybę, po
zakręceniu której opór powietrza zmalał i znowu wysunąłem się na
prowadzenie. Kiedy już musiałem odwracać głowę żeby zadrwić z mojego rywala,
ujrzałem jak młotkiem pozbawia się obu bocznych lusterek. Od razu wystrzelił
jak strzała do przodu i znowu zrównał się że mną. Już dawno minęliśmy Pyry i
przychodnię w której mieliśmy się zameldować. Teraz nie miało to już żadnego
znaczenia. W oddali dostrzegłem zieloną tablicę z nazwą miejscowości.
Spojrzałem na Zbyszka. W jego oczach dostrzegłem coś niepokojącego.
Zrozumiałem o co chodzi. W Piasecznie droga zwęża się i któryś z nas musi
przegrać. Momentalnie skręciłem kierownicą i burty naszych aut zwarły się w
piekielnym huku. Przez następny kwadrans próbowaliśmy się zepchnąć z drogi.
Bezskutecznie. Kiedy znowu spojrzałem na tablicę, mogłem już odczytać napis:
PIASECZNO. Organizm zaserwował mi nową porcję adrenaliny. Zostało już tylko
kilka minut do rozstrzygnięcia, który z nas jest lepszy. I wtedy mój rywal
zastosował nieczysty chwyt. Zjechał na prawy pas i ustawił się za babcią
która obwieszona tobołami i bańkami pedałowała na starym składaku. Ciąg
powietrza jaki wytwarzała za sobą porwał go i pozwolił na wyprzedzenie mnie.
Zrozpaczony patrzyłem jak oboje wysuwają się na prowadzenie. Podłoga
trzeszczała pod naporem mojej nogi. Wiedziałem że głębiej pedału gazu już
nie wcisnę. W bezsilnej złości rozejrzałem się po kabinie. Oprócz
bezużytecznego prędkościomierza i wyłącznika świateł, cały zestaw wskaźników
składał się tylko z kontrolek: rezerwy paliwa, kierunkowskazu i ciśnienia
oleju. Ta ostatnia paliła się już od dłuższego czasu jasnym, rubinowym
światłem. Nie namyślając się długo rozbiłem pięścią pleksi i wydłubałem
żaróweczkę. Uwolniona w ten sposób energia zasiliła układ zapłonowy i znowu
począłem odzyskiwać stracony dystans. Niestety zbyt późno. Tablica i
zwężenie było tuż, tuż. Mimo wszystko nie poddałem się. Złapałem kierownicę
w zęby a rękami macałem otoczenie w poszukiwaniu czegoś (sam nie wiedziałem
czego) co pozwoliło by mi wygrać. Może miałem nadzieję natrafić na
pozostawiony przez jakiegoś łepka, ręczny granatnik, albo wyrzutnię
rakietową? Sam nie wiem. Szansa na znalezienie broni była mała, bo wtedy nie
śniło się nawet nikomu o konflikcie w Czeczenii, wojnie na Bałkanach, a
Palestyńczycy byli naszymi sojusznikami. Za tylnym fotelem znalazłem tylko
szczotką na długim drzewcu. Momentalnie w mojej głowie zakiełkował plan.
Uwolniłem szarpnięciem zatrzask bagażnika i znowu wychylając się z kabiny,
podparłem go szczotką ustawioną na sztorc. Straciłem w ten sposób niemal
całkowicie widoczność do przodu, zyskałem za to idealny spojler, który
gwarantował mi opływowość i w konsekwencji
...
więcej »